Fanfiction Hetalia

SHOUNEN-AI~!

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

OK

Po dwóch miesiącach wreszcie się zebrałam i napisałam drugą część do "Plăcere". Nie jest co prawda zbyt lotna i spójna, ale chciałam, żeby wszystko było w niej podsumowane.
mam nadzieję, że się spodoba


PLĂCERE, 2
pairing: Prusy, Rumunia

Obudził się, ale nie otworzył oczu od razu. Zrobił to dopiero wtedy, kiedy próby ponownego zapadnięcia w sen nie powiodły się. Ziewnął, przekręcił się na plecy i wbił wzrok w sufit. Ból głowy, niedawno niemal w ogóle niewyczuwalny, znacznie się pogorszył i dawał o sobie znać pulsując w skroniach. Viorel ziewnął jeszcze raz i przekręcił głowę.
Na poduszce obok leżał nagi Gilbert.
Rumun zaklął z cicha, wyplątał nogi z kołdry i nóg albinosa i podniósł się z łóżka. Szeroko otworzył okno, szybko się ubrał i wyszedł z sypialni do salonu, naiwnie wierząc, że znajdzie coś do jedzenia. Rzecz jasna nie znalazł nic, oprócz napoczętej wczoraj whiskey, porozrzucanych papierów i brudnej kanapy. Przełknął ślinę, uśmiechnął się bezwiednie i wyszedł z pokoju.

Viorel nastawił czajnik we wspólnej kuchni i usiadł przy stole. Podparł głowę ręką i walczył z sennością. Wpół do szóstej. Rano. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz wstał przed ósmą. Ziewnął szeroko, zamlaskał.
- Nie wiedziałam, że wstajesz tak wcześnie.
Rumun otworzył oczy. Przed nim stała Elizaveta – rozczochrana, blada, z ironicznym wyrazem twarzy. Piękna. Na cienkim materiale koszuli nocnej wyraźnie odznaczały się stojące sutki, doskonale widoczne były również niemałe, okrągłe piersi. Koszula opinała ładną, stanowczo niepłaskie pośladki i okrągłe, zgrabne uda. Viorel przełknął ślinę.
- Bo nie wstaję. To sytuacja jednorazowa.
- Jęki z pokoju Francisa cię obudziły?
- Nie.
Podawanie przyczyny uznał za zbędne. Ona zresztą nie wyglądała na specjalnie zainteresowaną tematem.
Czajnik cichym pyknięciem poinformował o zagotowaniu się wody. Viorel podniósł się ciężko i zalał wrzątkiem podwójną ilość kawy, a następnie zdrowo ją posłodził i dodał ociupinę znalezionego w pokoju cukru waniliowego. Starał się nie dotykać stojącej obok dziewczyny; czuł, ze jeżeli to zrobi, serce rozwali mu klatkę piersiową. Szybko wziął duża filiżankę w dłonie i skierował się do wyjścia z kuchni.
- Viorel?
Stanął w progu, odwrócił się, spojrzał pytająco. Kiedy ostatni raz powiedział do niego po imieniu?
- Był u ciebie Gilbert?
- Nie – skłamał szybko z kamienną twarzą, chociaż zalała go nagle dziwna fala ciepła. – Na diabła miałby do mnie przychodzić?
- Po prostu myślałam… Nie, nieważne.
Rumun poczekał jeszcze chwilę, ale Elizaveta nic więcej nie powiedziała. Nie odwróciła się nawet.
Więc poszedł do siebie.

Zebrał papiery z podłogi i siorbnął trochę kawy z kubka. Syknął i zaklął, gdy sparzył sobie usta. Znalezionym w kieszeni spinaczem złączył kartki i położył je na stole, a następnie poszedł do sypialni. Trzeba się spakować.
Postawił kawę na parapecie, zamknął okno i spojrzał na trzęsącego się z zimna Gilberta. Troskliwie przykrył go kołdrą. Spod łóżka, brzęcząc suwakami, wyjął dużą torbę. Zaczął powoli znosić do niej ubrania i inne rzeczy, bezlitośnie stukając przy tym szufladami, skrzypiąc drzwiami od szafy i głośno siorbiąc kawę z kubka, mrucząc przy tym rumuńskie piosenki. Postanowił obudzić Gilberta i delikatnie dać mu do zrozumienia, żeby spadał.
- Długo jeszcze zamierzasz do kurwy nędzy tak hałasować?
W odpowiedzi Viorel głośno trzasnął szufladą. Prusak wymamrotał coś do siebie pod nosem i schował głowę pod poduszkę. Rumun zerknął na niego, a potem stanął na środku pokoju i rozejrzał się dookoła. Prawie wszystko spakowane, a jest dopiero 6.30. Niezły czas.
Położył się na łóżku i głośno westchnął, uśmiechając się. Gilbert prawie natychmiast zarzucił mu ramię na tors. Viorel przekręcił głowę i spojrzał na albinosa.
- Zdejmij ją ze mnie.
- Wcześnie jest – mruknął tamten, nie wiedząc czemu. – Zamknij się i śpij.

Viorel, po zastanowieniu, zamknął się i próbował zasnąć. Naprawdę próbował. Ale nie mógł.

- A… Aaa!
- Ćśśś! – syknął Gilbert, zasłaniając usta Viorela zimną dłonią. Nachylił się i pocałował go lekko w kark. – Zamknij się, wszystkich obudzisz.
- Mmm! Mhrmh se mummmrh! – mruknął Rumun i oderwał od siebie rękę albinosa. Odetchnął głośno i zacisnął zęby, żeby powstrzymać kolejną falę bólu. – Ktoś tu miał zamiar spaaa… A!
- Zamknij się, powiedziałem. Miał zamiar, ale zmienił zdanie.
- Bo naszła go ochota, żeby sobie ulżyć – odgryzł się Viorel i wtulił twarz w poduszkę, kiedy Prusak opadł na niego ciężko, dotykając biodrami pośladki Petruscu. Przez dłuższą chwilę w pokoju panowała względna cisza, zakłócana co jakiś czas tylko świszczącymi oddechami obu państw. Po dłuższej chwili Rumun zawiercił się.
- Złaź ze mnie.
- Nie. Wygodnie mi.
- Ale mi nie za bardzo. Zejdź.
Gilbert, mrucząc coś pod nosem po niemiecku, wyprostował łokcie, odklejając się od Viorela i szybko z niego wyszedł. Viorel stęknął krótko.
- S… sukinsyn z ciebie… – wystękał Rumun, z trudem przewracając się na plecy. Nagość przestała go żenować.
- Wiem – wyszczerzył zęby Gilbert i wciągnął na siebie spodnie.

Viorel spojrzał na zegar. 15.47. Do rozpoczęcia ostatniej, Bogu dzięki, obrady, zostało trzynaście minut. Po których nastąpią dwie godziny bezsensownego gadania o niczym, dodał w myślach. Znów nikt nikogo nie będzie słuchał, a problemy jak były nierozwiązane tak będą. W ogóle od dłuższego czasu te całe zjazdy przestały służyć rozwiązaniu kłopotów czy spięć na przeróżnych liniach, za to zaczęły przypominać przenośny burdel. Każdy z każdym, pełna dowolność, tylko wybierać. Viorel wcale by się nie zdziwił, gdyby niektórzy umawiali się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Petruscu westchnął i włożył między dokumenty kilka rozdziałów książki, które wydrukował z Internetu. Rozmiar taki sam, wielkość czcionki taka sama. Może nikt się nie zorientuje.
Zresztą, nie zorientowaliby się tak czy inaczej.
Rumun wyszedł z pokoju i szybko zszedł na dół, do sali konferencyjnej. Po drodze minął Elizavetę, która krzyczała na Gilberta po węgiersku i tłukła go plikiem kartek po głowie. Była odciągana od Prusaka przez Rodericha, ale z małym skutkiem. Z każdym kolejnym ciosem albinos próbował coś powiedzieć, ale zagłuszał go wysoki głos Węgierki. Viorel uśmiechnął się pod nosem.
Jakoś mu nie współczuł.

- … a ja jestem jak najbardziej za.
- Głos pana Beilschmidta nie został wzięty pod uwagę.
- Z jakiej to racji, Elka?! Ludwig, weź im cos powiedz!
Niemcy westchnął i zasłonił się gazetą. Prusy zmrużył oczy.
- Zdrajca – syknął i walnął dłońmi w stół. – Niech mi ktoś do powie, dlaczego ja do chuja ciężkiego bujam się po świecie na te zasrane konferencje, skoro i tak nikt mnie nie słucha?!
- W sumie racja – mruknęła nieśmiało Belgia, ale umilkła, zgromiona ciężkim spojrzeniem Holandii.
- Pan, panie Beilschmidt – powiedziała spokojnie Elizaveta, układając dokumenty – jeździ pan na konferencje jako Wschodnie Niemcy. A właściwie Berlin. Siłą rzeczy, jako przedstawiciel, de facto, nie kraju tylko miasta, nie ma pan w dyskusjach znaczącego głosu. Bo państwa, jak chyba nie muszę przypominać, pan nie posiada.
- Ale ja tu ciągle jestem, nie?!
Elizaveta posłała mu przeciągłe, flegmatyczne spojrzenie.
- I niestety – westchnęła, podnosząc się. – Obrady uznaję za zakończone. O następnym terminie i miejscu konferencji dowiecie się najpóźniej za miesiąc. Dziękuję i do zobaczenia.

- Suka!
Viorel uniósł głowę i spojrzał ze zdziwieniem na Prusaka.
- Nie pomyliłeś przypadkiem pokoi?
- Dlaczego mnie nie poparłeś? – spytał albinos, ignorując pytanie. Rumun wyprostował się i podparł pod boki.
- Niby dlaczego miałbym cię poprzeć, co? Bo mi wsadziłeś raz czy dwa? Bo się przespaliśmy?
Gilbert, ku zaskoczeniu Petruscu, milczał. Milczał i patrzył w ścianę, drapiąc się w przedramię.
- W porządku – Viorel kiwnął głową. – Może nawet bym ci pomógł. Gdybym tylko nie był ewentualnością od bólu głowy Elki, kto wie? Mógłbym się za tobą wstawić. A tak – wybacz.
Schylił się, wziął walizkę i podszedł do drzwi. Gilbert stanął w nich, zagradzając Rumunowi drogę.
- Przesuń się. Chcę wyjść.
Albinos złapał go za podbródek i przycisnął do jego warg swoje usta. Całował Viorela kilka chwil, ale Rumuna w ogóle to nie obeszło. Po prostu stał i pozwalał Gilbertowi na pocałunki.
- I po co ty to robisz…
- Nie wiem. Może…
Viorel pokręcił głową i przecisnął się obok Beilschmidta.
- Nic nie czułeś? – krzyknął za Rumunem. Petruscu zatrzymał się przy schodach, zamyślił się.
- Nie – odpowiedział po chwili. – Tylko wstyd – dodał po chwili.
A potem zszedł po schodach, hałasując suwakami walizki i walcząc z chęcią wrócenia do Prusaka.
I powiedzenia mu, że oprócz wstydu czuł jeszcze ogromną, wszechogarniającą przyjemność.
____________________________________________________
25.04.2012 o godz. 15:24
...że tak długo mnie nie było. Nie miałam czasu i pomysłów na kolejne fiki ^^"
Dziękuję też za wszystkie pozytywne komentarze do "Plăcere", cieszę się, że przyjęliście tego fika tak ciepło C:

poza tym serdecznie zapraszam na mojego tumblra: http://someourgaystuff.tumblr.com/
02.04.2012 o godz. 15:56
króciótko - Rumunia istnieje, aczkolwiek przez Himę nie został nazwany. Imię i nazwisko jest mojego autorstwa.


PLĂCERE
pairing: PrusyxRumunia (Gilbert, Viorel Petruscu)

Mijając pokój Erzsebety i słysząc jej śmiech, Viorel uśmiechnął się do siebie. Uśmiech zszedł mu z ust, gdy usłyszał głos tego cholernego niedobitka. Gilberta. Rumun zazgrzytał zębami. Z logicznego punktu widzenia facet nie powinien żyć od ładnych kilkudziesięciu lat i cholera jedna wie, dlaczego jeszcze ciągle oddycha. Zacisnął pięści, słysząc długi jęk Erzsebety. Najwidoczniej inni na jego obecność nie narzekają.
Tylko dlaczego to musi być ona…?

- …tak więc zamykam przedostatni dzień obrad i przypominam, ze klucze należy oddać jutro, do 19 najpóźniej.
Viorel niespiesznie podniósł się z miejsca, i udając, że zbiera notatki, uważnie obserwował. Gilbert gdzieś zniknął. Dziwne. Zazwyczaj zaraz po zakończeniu zebrania przyskakiwał do Erzsevety, a potem wychodzili razem. Tymczasem przy Węgierce stał jakiś niewysoki blondyn i bez przerwy coś do niej mówił, a ona śmiała się radośnie. Viorel patrzył na nią jeszcze trochę, a potem zebrał wszystkie papiery i szybkim krokiem wyszedł z sali. Zerknął na zegar wiszący na korytarzu – po ósmej. Westchnął, rozluźnił krawat i poszedł do swojego pokoju. Dziś się upije.
Zamknął za sobą drzwi, rzucił gdzieś dokumenty i skierował się do łazienki, zdejmując po drodze ubrania, które porzucił na podłodze. Przed wejściem do łazienki wziął z barku karafkę i szklankę, wszedł do środka i napuścił ciepłą wodę po brzegi wanny.
Postawił alkohol na szafce i wszedł do środka. Westchnął przeciągle, gdy woda zetknęła się z ciałem. Coś mówiło mu, że w wodzie pić nie powinien, ale zignorował to i nalał sobie whiskey. Alkohol szybko przeniknął do krwi.
Erzsebeta. Bił się z nią od kiedy tylko pamiętał., w zasadzie o wszystko. Skakali sobie do gardeł przy każdej okazji, jedno było gotowe znęcać się nad drugim psychicznie i fizycznie, dopóki nie zacznie błagać o litość. Oczywiście te błagania nie zostałyby wysłuchane i nieszczęśnik zostałby najpewniej okrutnie pokaleczony (tak, żeby krew lała się strumieniami z całego ciała), posolony, pocięty na kawałeczki i rytualnie spalony, a jego szczątki użyźniłyby nowo podbite ziemie. I tak było zawsze.
Tak było kiedyś.
Więc kiedy do cholery coś się zmieniło? Kiedy?!
Kiedy zdjęła pelerynę i wysokie buty? Kiedy zostawiła miecz w domu? Kiedy zaczęła nosić rozpuszczone włosy i wplatać w nie kwiaty? Kiedy nad spodnie przedłożyła sukienki?
Kiedy zaczął na nią patrzeć inaczej?
Na pewno wyjątkowo długo się nie widzieli. I wyjątkowo nie byli w jakimś otwartym konflikcie ani wojnie. Choćby osobistej. Było spokojnie jak chyba jeszcze nigdy. To chyba wtedy zaczął być zazdrosny o każdego, kto się wokół niej kręcił. Dom wydał się nagle dziwnie pusty. Dziewczyny z którymi się spotykał, stały się brzydkie i niezgrabne, drętwe, marudne. Ale wszystkie, bez wyjątku, przypominały mu ją – jedna wzrostem, druga kolorem włosów, trzecia wielkością oczu, inna kształtem piersi. Wszystkie były jednak nieporównywalnie brzydsze i gorsze.
Wariował. Wydał fortunę na bilety do Budapesztu, kupowane w ostatniej chwili. Nie mógł bez niej wytrzymać. Na pornosy uodpornił się wtedy zupełnie, nawet te najbardziej ostre nie robiły na nim wrażenia. I było to też w pewnym sensie przerażające.
Otworzył oczy, sięgnął po whiskey i wrzasnął. Szklanka pękła głośno. Przy szafce stał oparty o ścianę Gilbert, który teraz uśmiechał się z mieszaniną politowania i cynizmu.
- Co ty tu robisz, do cholery?! – krzyknął Viorel, kurczowo wczepiając się palcami w brzeg wanny. Prusak wzruszył ramionami.
- Stoję.
Rumunia spojrzał na niego spode łba i szybko wziął ze stolika karafkę, a potem wypił większość jej zawartości długimi, potężnymi łykami. Albinos przyglądał mu się z zainteresowaniem.
- Może i jestem głupi – zaczął – ale na twoim miejscu piłbym alkoholu w ciepłej… a właściwie gorącej wodzie – sprostował, wsadziwszy palec do wanny. – Wiesz, szybsze krążenie krwi, lepszy transport i takie tam.
Viorel demonstracyjnie wypił z karafki jeszcze trochę. Prusak zrobił maleńki dzióbek i wolno pokiwał głową, krzyżując ramiona na piersi.
- Nie miej do mnie pretensji, jak utoniesz.
- Nie martw się o mnie – warknął Rumun, odstawiając alkohol na szafkę. – Po co przyszedłeś?
- Porozmawiać.
Petruscu prychnął.
- Mamy o czym?
- O naszej wspólnej znajomej chociażby.
Rumunia zamarł na dłuższą chwilę i tępo wpatrywał się w naścienne kafelki. On wie, on wie, on wie… Zmarszczył brwi – moment…
- Skąd ty…
Urwał. Prusaka nie był już w łazience. Przeklinając pod nosem, Viorel wygramolił się z wanny, okręcił ręcznikiem i poszedł do salonu. Gilbert siedział na kanapie i bawił się małą figurką. Na stole przed nim stała butelka alkoholu. Rumun niepewnie, z ociąganiem usiadł po drugiej stronie. Szumiało mu w głowie. Rzeczywiście nie powinien wtedy pić…
- Co czujesz do Erzsevety? – odezwał się Gilbert, nadal obracając w dłoni figurkę. – Tylko szczerze, Viorel.
- Po co ci to wiedzieć? – burknął, poprawiając poduszki. – I skąd przypuszczenie, że coś do niej czuję?
- O błagam, nie rozśmieszaj mnie. Myślisz, że nie widzę jak na obradach wgapiasz się w jej cycki? Jak drga ci ręka, gdy stoi obok ciebie?
- Nie wiem, o czym mówisz – wycedził Rumun przez zaciśnięte zęby.
- Nie wiesz… - powtórzył Gilbert, pozornie zatroskanym tonem. – Dla twojej wiadomości, ona jest teraz ze mną. A ty masz się od niej odpieprzyć.
Petruscu wzruszył ramionami, splótł ręce na karku i oparł na nich głowę, udając zrelaksowanego. Głos lekko mu zadrżał.
- Nic mnie to nie obchodzi. Niech będzie sobie z kim chce, nawet z tobą.
- Jesteś kiepskim aktorem, Viorel – szepnął mu Beillschmidt wprost do ucha, niewiadomo kiedy znajdując się przy Rumunie. – Cholernie kiepskim.
Petruscu wzdrygnął się, nie odwrócił jednak głowy w kierunku albinosa.
- Odpieprz się od niej, dobrze ci radzę.
- A jeśli nie?
- Skutecznie obrzydzę ci ostatnią noc.
Viorel zmarszczył brwi i spojrzał na Gilberta.
- W jakiż to sposób, jeśli można wiedzieć?
Prusak uśmiechnął się po swojemu, z lekkim rozbawieniem, i położył dłoń na kroczu Rumunii.
- Właśnie w taki.
Chwilę oboje siedzieli bez ruchu, mierząc się wzrokiem. Potem niemal równocześnie Viorel podniósł się, a Gilbert złapał go za rękę; w efekcie Rumun z powrotem wylądował na kanapie, a albinos szybko przełożył nad nim nogę i usiadł mu na biodrach, wciąż trzymając nadgarstki Rumunii. Pochylił się nad szamoczącym się Viorelem.
- To co? Dasz jej spokój?
- Ile razy mam ci do cholery mówić, że ona mnie nic nie obchodzi? – krzyknął, powstrzymując się przed napluciem na albinosa. – Zleź ze mnie!
- Nie wierzę ci.
- Gówno mnie to obchodzi! Zejdź mówię!
Gilbert utkwił w nim wzrok, złapał jego nadgarstki jedną dłonią, mocno ścisnął, a wierzchem drugiej dłoni wolno pogładził Rumuna po policzku. Viorel szarpnął głową i spróbował się wyrwać, ale nie mógł – Prusy był od niego dużo silniejszy. I cięższy.
- Nie szamocz się.
Petruscu sapnął z irytacją i demonstracyjnie szarpnął się jeszcze raz. Nie miało to żadnego sensu, Gilbert nawet się zachwiał, tylko jeszcze bardziej wzmocnił uścisk. Viorel syknął.
- Boli?
W odpowiedzi Prusak dostał pełne wściekłości i nienawiści spojrzenie. Uśmiechnął się pod nosem. Bolało.
Jeszcze raz pogłaskał go po policzku, zszedł do szyi. Tym razem Rumun nie próbował się wyszarpnąć. Wiedział, że i tak się nie uda. Odwrócił głowę od Gilberta, nie chciał na niego patrzeć. Wystarczyło mu, że czuł teraz jego dłoń na mostku, klatce piersiowej, na boku, żebrach. Gdy palce albinosa lekko zaczęły łaskotać go w brzuch przy rozwiązywaniu ręcznika, próbował go kopnąć, ale nie mógł go dosięgnąć. Na twarz Rumunii wstąpiły rumieńce.
- Co na to Erzseveta? – spytał Petruscu niespodziewanie, przenosząc wzrok na Gilberta.
- Hm?
- Co powie, gdy dowie się, ze pieprzyłeś się z innym facetem?
- Nic – Prusak wzruszył ramionami. – Pewnie będzie chciała, żeby jej o tym opowiedzieć.
Viorel spojrzał na niego zdziwiony, ale nie napotkał wzroku albinosa. Gilbert właśnie rozchylił ręcznik i zaczął głaskać Rumuna po udach, najpierw lekko, potem coraz mocniej, miejscami na nie naciskając. Rumun odchylił głowę do tyłu i otworzył usta. Oddychało mu się coraz ciężej. Kątem oka zauważył, że Gilbert pochylił się nad nim i zaczyna całować go po brzuchu. Viorel głośno wypuścił powietrze.
- Puść nadgarstki.
- Podoba ci się? – spytał Prusak, spełniając żądanie i równocześnie składając na szyi Rumunii wilgotny pocałunek.
Viorel, nie mając co zrobić z rękami, objął Gilberta i wczepił się palcami w bluzkę Prusaka. Zgiął nogi w kolanach i rozłożył je na tyle, na ile pozwalała mu kanapa.
- Zrób coś – szepnął mu Beillschmidt koło ucha, wpalając palce we włosy Viorela. – cokolwiek. Leżysz jak trup. A ja nekrofilem, bądź co bądź nie jestem.
Rumunia prychnął.
- Wybacz, ale ja w facetach nie gustuję.
- A ja przeciwnie – uśmiechnął się Prusy, przygryzając płatek ucha. – Szybko. Potrzebuję seksu, a ją podobno głowa boli.
- Popieprzyło cię dokumentnie.
- Zamknij się – Prusak zdjął jego ręce ze swoich ramion, położył na jego dłoniach swoje i położył je na skraju bluzki. – No, dawaj. Podciągnij.
Viorel posłusznie ściągnął z Gilberta koszulkę. Albinos wyszarpnął ja i odrzucił za siebie.
- Spodnie.
Rumun spojrzał na albinosa niepewnie, Prusak zachęcił go spojrzeniem, chwilę potem został pozbawiony dolnej części garderoby. Viorel nie patrzył na niego, zawstydzony. Gilbert parsknął.
- Ogarnij się, Petruscu. Wyglądasz tak samo, jeśli przypadkiem nie jesteś kastratem, a rumienisz się jak 13-letnia dziewica.
- Zamknij się – mruknął Rumun, złapał Prusaka za szyję i przycisnął do siebie, by chwilę potem wpić się w jego usta. Wyobraził sobie, że nie całuje Gilberta, tylko Erzsevetę. Wyobraził sobie, że przeczesuje palcami jej włosy, że smakuje jej wargi, że głaszcze jej gładką, białą skórę, przesuwa dłonią po krągłościach pośladków, otacza ustami jej twarde sutki, osadzone na dużych, kształtnych piersiach. Zatracił się w tym wyobrażeniu, niemal widząc przed sobą twarz Węgierki. Rozwiał je długi jęk. Męski, niestety.
Viorel potrząsnął głową. Pod sobą zobaczył zaróżowioną, wilgotną twarz Gilberta. Oddychał szybko, nierówno.
- Teraz.
- Co teraz?
- Włóż go, debilu! – wystękał Prusak, ściskając palce na ramionach Rumunii. – Po prostu go włóż… Teraz!
- Nie wydaje mi się…
- Włóż, do cholery!
Przez chwilę Rumun myślał, że Gilbert doda coś w stylu; „błagam” albo „proszę”, ale się przeliczył. Rozchylił nogi Prusaka szerzej i niepewnie włożył penisa do środka Prus. Albinos krzyknął głośno, wpił się paznokciami w plecy Rumunii, który poruszył biodrami kilka razy. Gilbert krzyknął znowu,.
- Boli?
- Nie może nie boleć – wycedził Prusak przez zaciśnięte zęby.
- Czy mam…?
- Nie! Teraz? Popierdoliło cię? – wysapał i syknął. – Po… powiem kiedy…
Viorel pochylił się i nieśmiało pocałował go w szczękę i usta, starając się ciągle poruszać biodrami. Prusak wił się pod nim, drapał go po plecach, krzyczał, nakierowywał. Rumun czuł w okolicy podbrzusza coś jakby przyjemny pulsujący ból.
- Już… już możesz…
Prusy zacisnął zęby, gdy Rumunia wychodził z niego tak delikatnie, jak tylko potrafił. Gilbert oddychał ciężko, patrząc na Viorela. Petruscu poczuł się pod jego spojrzeniem trochę nieswojo.
- Co się tak gapisz?
- Sprawiałeś wrażenie, jakbyś pierwszy raz to robił.
- Z facetem owszem.
- Za cholerę pojęcia nie mam, jak ci się to udało – Gilbert pokręcił głową, Rumun wzruszył ramionami.
Albinos podniósł się i, nieco się garbiąc i powłócząc nogami, zniknął w łazience. Viorel spojrzał na kanapę i ręcznik, częściowo ubrudzone spermą. Przygryzł wargę i wyszedł z salonu do sypialni.
Miał wielką dziurę w pamięci – pamiętał tylko tyle, że było mu dobrze i przyjemnie, jak jeszcze nigdy dotąd z żadną dziewczyną.
I w zasadzie tylko to zostało mu w pamięci po tamtej nocy.
Przyjemność.
Przyjemność i wstyd.
Tylko tyle.

dla KuroNeko_____________________________________
23.02.2012 o godz. 18:46
Ostatnie życzenia. Więcej już się nie powtórzą

Japonia - 11.02 (Honda Kiku)
Hiszpania - 12.02 (Antonio Fernández Carriedo)
Litwa - 16.02 (Toris Laurinaitis)
Estonia - 24.02 (Eduard von Bock)
Egipt - 26.02

Otanjou-bi Omedetou Gozaimasu!
Feliz cumpleaños!
Viso geriausio!
Palju onne sunnipaevaks!
Eid milaad saeed!

za błędy przepraszam



05.02.2012 o godz. 10:44
Otóż postanowiłam z IMN założyć bloga, na którym będziemy umieszczać opowiadania o naszych OC'ach.
zapraszam na: http://maurycy.bloblo.pl/

nie ma to jak autoreklama...
14.01.2012 o godz. 14:54
Tak więc dzisiaj mija już rok mojego aktywnego fandomu. Bardzo dziękuję:
- ludziom, którzy przez ten czas mnie wspierali
- ludziom, którzy podsuwali mi pomysły
- ludziom, którzy czytali wytwory mojej chorej wyobraźni
- ludziom, którym się podobało (może nieliczni, ale to ich podziwiam najbardziej :P)
- ludziom, którzy zamówili fiki (prawdopodobnie jeszcze mniejsza grupa)
- za ponad 38 500 wejść
- za tyle obserwujących
- za wszystkie komentarze - zarówno te pozytywne, jak i te sugerujące poprawy
- mojej Becie :*
- i tym, że w chwilach mojej słabości prawie zawsze znalazł się ktoś, kto przekonywał mnie, żebym pisała dalej ;)

DZIĘKUJĘ!!!


Tagi: rocznica
09.01.2012 o godz. 15:31
Przedostatnie życzenia

przy okazji przypominam o tym, że zamówienia na fiki są OTWARTE

Monako - 8.01
Prusy - 18.01
(Gilbert Beilschmidt/Weillschmidt
Australia - 26.01

Tout le meilleur!
Alles Beste!
Happy Birthday!
06.01.2012 o godz. 21:28
Wydawało mi się, że nie dam rady wrzucić fika w tym tygodniu, ale OTO JEST!
enjoy.


PREUßISCHE TRÄNEN
pairing: RusPrus (GilbertxIvan)

- Może byś chociaż posprzątał po sobie?! – krzyknął Ludwig z salonu. – Tak trudno włożyć naczynia do zmywarki?
- Spieszę się!
- Pół minuty cię nie zbawi!
- Niemcy… - powiedział cicho Feliciano, głaszcząc blondyna uspokajająco po ramieniu. – Może to coś ważnego i Gilbo naprawdę nie może się spóźnić… Pomogę ci w sprzątaniu.
- Feli ma rację – podchwycił Gilbert i poprawił kurtkę. – No to lecę. Nie róbcie dzieci nic głupiego. – Spojrzał znacząco na Ludwiga i przesłał całusa Feliciano, co u Włocha wywołało dźwięczny chichot, a u Niemca rumieńce.
Prusy, widząc to, uśmiechnął się i wyszedł z domu podgryzając jabłko, jak zawsze sprawiając wrażenie wyluzowanego, beztroskiego i pewnego siebie podrywacza, który jak co piątek idzie się napić i spędzić noc w innym miejscu niż własne mieszkanie.


Ale gdy stał oparty o bramę Ambasady Rosji przy Unter den Liden, nie był rozluźniony ani trochę. Wręcz przeciwnie. W nerwach pozbawiał kolejne jabłko części jadalnych, z którego po niedługim czasie został tylko ogonek. Gilbert wyrzucił go za siebie i spróbował zapalić papierosa drżącymi ze zdenerwowania dłońmi. Po kilku nieudanych próbach zrezygnował i po prostu trzymał go w zębach, od czasu do czasu przesuwając go językiem.
Równocześnie próbował uspokoić oddech i zdecydowanie za szybkie bicie serca. Wcale by się teraz nie zdziwił, gdyby ktoś pokazał mu jakiś papier stwierdzający jakąś chorobę albo powiedział coś w stylu: „Pan, panie Beilschmidt, to już raczej długo nie pożyje”. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek był tak zdenerwowany. Chociaż, zważywszy na sytuację, to wcale nie musiały być nerwy. Niejeden – w tym pewien Francuz – stwierdziłby zapewne, że Gilbert jest po prostu podniecony. Taka myśl jeden w pewien sposób Prusa przerażała i wolał jej do siebie nie dopuszczać.
W tej chwili obok niego z piskiem opon zatrzymał się czarny mercedes z przyciemnionymi szybami, zwracając uwagę kilku nastolatków stojących po drugiej stronie ulicy. Gilbert przełknął ślinę, wyrzucił papierosa, odruchowo przygniótł go butem i wsiadł do środka. Usiadł na tylnym siedzeniu i przybrał postawę człowieka rozluźnionego i pewnego siebie. Samochód ruszył.
- Spóźniłeś się trochę, nie? – zagadał kierowcę znudzonym tonem po kilku minutach, oglądając paznokcie. Mężczyzna z przodu nie dopowiedział i dalej wpatrywał się w drogę przed sobą zza ciemnych okularów, które nosił mimo późnej godziny.
- Ej, ty! Słyszałeś?
- Ja nie panimaju – mruknął mężczyzna po dłuższej przerwie.
Gilbert mruknął pod nosem nieartykułowane słowo i rozejrzał się po zadziwiająco przestronnym wnętrzu. Rozjaśnił się na widok niewielkiego, aczkolwiek bardzo dobrze zaopatrzonego i dość bogatego barku. Z góry zakładając, że zostało to przygotowane dla niego, wziął butelkę z nieznaną mu zawartością, odkręcił i powąchał. W nozdrza uderzył go charakterystyczny ostry zapach – składnikiem głównym bez wątpienia był tu spirytus. Po głębszym zapoznaniu się z alkoholem, Gilbert wyczuł też zapach jakichś słodkich owoców – wiśni, może śliwek. Nieufnie uniósł butelkę, przechylił ją i dotknął alkoholu czubkiem języka.
Prusak poczuł jak pali go język, zakręciło mu się w nosie. Opuścił naczynie i kaszlnął dla niepoznaki i dla stłumienia kichnięcia. Gilbert przesunął się poza zasięg wzroku prowadzącego samochód mężczyzny, oparł się wygodnie o siedzenie i, tym razem już trochę pewniej, wypił jeden łyk. Kiedy ciecz przeniknęła do przełyku otworzył szeroko oczy.
- Hure – wydusił, gdy kubki smakowe zarejestrowały to, co przed chwilą im dostarczono. – Heilige Scheiße…
Alkohol dosłownie palił gardło i wyciskał łzy z oczu, miał jednak bardzo ciekawy smak i pewien rodzaj „magnetyzmu”. Chociaż to drugie mogło być akurat spowodowane dodaniem do niego substancji w większości społeczeństw uznanych za nielegalne. Gilbert nie zastanawiał się nad tym i szybko uwinął się z niewielką buteleczką. Kilkanaście minut potem – czy to przez procenty, czy przez ową tajemniczą substancję – poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła i momentalnie stracił przytomność.

Gilbert czuł, że się obudził, ale zamiast wstać przekręcił się na drugi bok z zamiarem kontynuowania całkiem przyjemnego snu. Zacisnął zęby, gdy poczuł ból w biodrze i karku, ale mimo to zapadł w spokojny półsen.
Kilkanaście minut później z tego stanu wybudziło go donośne terkotanie metalowego wózka. Jęknął i zakrył uszy dłońmi – dźwięk nasilił się, był zdecydowanie bliżej niż przed paroma sekundami. „Co ten Ludwig odpieprza?” pomyślał Gilbert w chwili, w której usłyszał szczęk otwieranych drzwi i jeszcze głośniejszy terkot wózka, co niemal graniczyło z niemożliwością. Przykrył uszy poduszką jako dodatkowym zabezpieczeniem i przez zaciśnięte zęby wycedził:
- Jeśli za trzy sekundy nie znikniesz stąd z tym cholerstwem, urwę ci jaja.
- Mam zabrać obiad?
Prusak zmarszczył brwi. To z całą pewnością nie był Ludwig. Mimo że głos mówił po niemiecku, brutalnie przebijał się przez niego wyraźny i bardzo mocny wschodni akcent. A do tego niewątpliwie należał do kobiety.
Gilbert odkopał się spod kołdry i poduszek i odwrócił się w stronę owego głosu, próbując jakoś ułożyć włosy sterczące na cztery strony świata. Odchrząknął, spojrzał na stojącą przy jego łóżku kobietę i skamieniał. Wpatrywał się w nią dopóki dziewczyna pod ostrzałem jego wzroku nie zaczęła się wiercić i czuć się trochę nieswojo. Prusak pokręcił głową i odzyskał zdolność mówienia.
- Co ty u mnie robisz, Katjusza?
Ukrainka zaszurała butem i spojrzała na niego nieśmiało.
- Gilbert… - zaczęła cicho - …wiesz, że jesteś w Rosji?
- Aha – stwierdził krótko Prusak, nawet niespecjalnie zaskoczony. – W Rosji powiadasz...
Katjusza skinęła głową, a Gilbert zaczął przypominać sobie strzępy wydarzeń – telefon, kłótnia z Ivanem, jakieś szantaże, groźby, jabłka, mercedes, alkohol i…
Prusy z głośnym pacnięciem klasnął otwartą dłonią w czoło.
No tak. Alkohol.
- Długo byłem nieprzytomny?
- Dwa dni. Zostawiam ci obiad na stole – powiedziała Katjusza cicho i szybko wyszła z pokoju, pchając przed sobą straszliwie hałasujący wózek.
Gilbert chwilę patrzył na drzwi, a potem zwlókł się z łóżka, usiadł przy stole i zabrał się za ciepły obiad. Jak na jego gust trochę za mało soli, zamiast wódki mogłoby tu stać piwo, ale i tak kuchnia Katjuszy smakowała mu najbardziej ze wszystkich. Jedząc jej dania, proste i tradycyjne, w głębokim poważaniu ogólnoświatową opinię jakoby najlepszą kuchnią była kuchnia francuska. Już raz jadł ślimaki. Podczas wojny, w okopach. Wystarczyło mu na resztę życia.
Po skończonym obiedzie wytarł usta papierowa serwetką, wyciągnął nogi na stole i zaplótł ręce za głową. W takiej pozycji najlepiej mu się myślało, a teraz nadeszła pora na chłodną analizę zaistniałej sytuacji.
Po pierwsze trzeba zadzwonić do młodego. Gilbert wyciągnął rękę i wziął złożone w zgrabną kosteczkę spodnie leżące na sąsiednim krześle. To pewnie Katjusza opiekowała się nim przez te dwa dni. Gdy włożył dłoń do kieszeni z zamiarem wyciągnięcia telefonu, jego oczy otworzyły się w akcie niemego przerażenia.
Komórki nie było. Tak samo zresztą jak kluczy, papierosów i pieniędzy.
Gilbert błyskawicznie zerwał się na nogi i porzucił spodnie gdzieś na podłodze. Ruszył do drzwi i szarpnął za klamkę. A potem jeszcze raz. I jeszcze, mocniej. Drzwi uparcie nie chciały się uchylić, nawet na milimetr. Prusak ze złości kopnął w nie mocno bosą stopą, syknął z bólu, pokuśtykał do łóżka i usiadł na rozbebeszonym łóżku. Wyjrzał przez okno, rozmasowując sobie palce u nogi. Kilometry pustych przestrzeni – jeśli nie liczyć krów – mnóstwo trawy, ani śladu drutów telefonicznych, jakiekolwiek środka komunikacji, zero ludzi, gdzieś hen daleko majaczy las. Słowem – totalne zadupie.
- Zajebiście – skwitował Gilbert i położył się na poduszce. No nic. Pozostaje czekać.

***
- Katjusza, skarbie, ile ja tu do cholery ciężkiej siedzę?
Ukrainka zastygła z pustymi naczyniami w obu dłoniach i wbiła zamyślony wzrok w sufit.
- Około trzech tygodni.
Gilbert potaknął ruchem głowy i zapalił papierosa. Zaciągnął się.
- Ivan mnie tu przetrzymuje, nie? – Katjusza kiwnęła głową. – OK. zatem ten pieprzony Rusek trzyma mnie pod kluczem ponad pół miesiąca, ogołaca mnie niemal ze wszystkiego, odcina mnie od świata i nie raczy tu przyjść. Zajebiście. Po prostu zajebiście – powiedział Gilbert i wbił spojrzenie w ścianę. Gdy ocknął się z letargu, Katjuszy już nie było. chwała niebiosom, że zrezygnowała z tego cholernego wózka.
Prusak, wypaliwszy papierosa, po raz kolejny doszedł do wniosku, że te rosyjskie zdecydowanie nadają się tylko do podpałki. Tęsknił do tych niemieckich, od których był odcięty tak potworną ilość czasu. Ale najbardziej brakowało mu piwa. Skromnym zdaniem Gilberta to, które Ukraina przynosiła na jego wyraźną prośbę, nie umywało się do niemieckiego, choćby i najgorszego.
Tak. Zdecydowanie potrzebował piwa. Pornosy w sumie też by nie zaszkodziły. Czuł, że bez nich zwariuje.
A póki co najlepiej przespać sprawę.

***
- Wrócił.
Gilbert odłożył gazetę na stół i położył łokieć na oparciu krzesła. Uśmiechnął się w charakterystyczny dla siebie sposób, który teraz wydawał się nieco wymuszony. Patrzył, jak Ukrainka układa na łóżku wyprane poszewki i czyste ubrania.
- Powiedział, że przyjdzie po kolacji – zawiadomiła Prusaka i postawiła na stole całkiem spory karton.
- Co to jest?
Spojrzała na niego przepraszająco.
- Masz to na siebie włożyć – powiedziała i zniknęła z pokoju, zanim Gilbert zdążył zadać jakieś pytanie.
Albinos sięgnął po pudło. Może w nagłym przypływie miłosierdzia Ivan postanowił przysłać mu niemieckie piwo? Od biedy mogło być nawet czeskie… Prusak przyciągnął do siebie karton, uniósł i potrząsnął nim kilka razy. Lekkie, w środku nic się nie przysuwało, a przynajmniej nie było tego słychać. Więc to jednak nie piwo. Nieco rozczarowany otworzył pudło i wyjął ze środka jego zawartość. Oczom Gilberta ukazała się przykusa sukienka z czarnej skóry ze skomplikowanym zapięciem na plecach, długie buty a wysokich obcasach tegoż koloru i siateczkowe rajstopy. Prusak wpatrywał się w to wszystko z dziwną mieszaniną niedowierzania i rozbawienia – wiedział, że z Ivanem i jego psychiką nie wszystko jest w porządku, ale żaby aż tak? Dziękować sile wyższej, że nie zdecydował się na pejcz i kajdanki.
Po skończonych oględzinach Gilbert oparł się o krzesło i wybuchnął przerywanym, histerycznym śmiechem.

Usłyszał pisk nie naoliwionych drzwi, ale nie odwrócił łowy od okna, w którym wszystko było widać jak w lustrze. W pokoju rozległ się stukot stóp w ciężkich wojskowych butach. Im dźwięk był głośniejszy, tym mocniej Beilschmidt wbijał sobie paznokcie w ramię. Zagryzł wargę kiedy poczuł smród wódki, a potem zadziwiająco delikatny i mocny uścisk Rosjanina. Prusak wciągnął powietrze, gdy Ivan położył na jego dłoniach swoje zimne, szorstkie ręce i oparł brodę na jego ramieniu. Wzdrygnął się czując na swoim policzku oddech Braginskiego. Serce przyspieszyło.
- Izvinit'je – szepnął Ivan i uszczypnął ucho Gilberta. Albinos gwałtownie szarpnął głową.
- Spierd… - oczywistą sugestię przerwał daleki wystrzał fajerwerków, który trwał kilka minut. Oboje w milczeniu przyglądali się sztucznym ogniom.
- Fajerwerki?
- Fajerwerki – potwierdził Gilbert z wściekłością i wyślizgnął się spod ramion Rosjanina. Odwrócił się przodem do niego i spojrzał mu w oczy, powstrzymując się przed przegryzieniem mu tętnicy. – Jest sylwester, 31 grudnia. Trzymasz mnie tu diabeł wie jak długo, nie pozwalasz kontaktować się z bratem, odcinasz od podstawowych środków do życia, każesz…
- Dlaczego nie masz na sobie sukienki? – przerwał mu Ivan niewinnym tonem. Gilbert ze świstem wciągnął powietrze i zacisnął pięści. Zabójstwo jest karalne, zabójstwo jest kurwa karalne, cholera pieprzone zabójstwo jest karalne do nędzy…
Otworzył oczy – Ivan wpatrywał się w niego dziecięcym wzrokiem, który Prusaka zawsze trochę przerażał.
- Lecz się, Braginski – poradził. – Za Chiny Ludowe nie włożę na siebie tej szmaty, zapomnij. Idź do Łukaszewicza, on ma podobne zboczenia. Może zgodzi się na…
- Zakładaj – przerwał mu Rosjanin stanowczo.
- Pierdol się.
- Zakładaj, albo sam ci ją włożę.
Prusakowi głos utknął w gardle, struny głosowe jakby zawiązały się na supeł. Nie wątpił, że jeśli zaraz nie ruszy się spod okna, Braginski weźmie go siłą, zaciągnie w pożądane miejsce, a potem zmusi do robienia pożądanych przez niego rzeczy. Mając w pamięci wydarzenia z ubiegłego wieku, Gilbert przełknął ślinę i wolno podszedł do stołu. Zdjął z niego karton i drżącymi rękoma wysypał jego zawartość na łóżko. Coś ścisnęło go w żołądku. Na leżące przed nim rzeczy nie mógł nawet patrzeć, co tu mówić o zakładaniu. Przygryzł wargę i szybkim ruchem ściągnął z siebie T-shirt i wziął rajstopy do ręki.
- Nie patrz.
Nie musiał się odwracać żeby wiedzieć, że Rosjanin nie zamierzał go posłuchać.
Z ciężkim sercem Gilbert rozpiął spodnie i przewiesił je przez oparcie krzesła. W miarę szybko założył rajstopy, a potem spojrzał na sukienkę. Zacisnął zęby, błyskawicznie przełożył ją przez głowę i włożył ręce pod cienkie ramiączka. Chwilę szarpał się z twardym, nieelastycznym materiałem, a następnie pociągnął brzeg w dół na tyle, na ile pozwalało ubranie. A pozwalało na niewiele – jej skraj ledwo przykrywał bokserki. Starając się ignorować obecność Ivana, Gilbert usiadł na łóżku i rozpoczął walkę z butami. Od razu zauważył, że włożenie sukienki przed butami było dużym błędem taktycznym, bo materiał znaczne ograniczał ruchy. Kozaki założył głównie siłą woli.
Prusak wstał i usiłując utrzymać równowagę na wysokich obcasach spojrzał na Ivana. Z całej siły starał się nie patrzeć na swoje odbicie w oknie. Czuł się już dostatecznie poniżony i upokorzony.
- Zadowolony? – spytał grobowym głosem, obdarzając Rosjanina spojrzeniem, które zabiłoby każdego uczciwego człowieka. Wani jednak tylko uśmiechnął się po swojemu i podszedł bliżej albinosa.
- Da – powiedział i pogłaskał jego policzek wierchem dłoni. Popchnął go lekko na łóżko, tak, że tamten usiadł, a potem pochylił się nad nim i oparł ręce po bokach Gilberta. Krótko go pocałował. – Da. Oczjen’.
Prusak zmusił się do położenia dłoni na policzkach Ivana i otoczenia jego uszu palcami. Z jednej strony nienawidził tego – zmuszania do seksu, do zakładania coraz wymyślniejszych szmat, do udawania czułości. Z drugiej Rosjanin dziwnie na niego działał, mimo całej swej odpychającej postaci za każdym razem sprawiał, że Gilbertowi trudno było zapanować nad przyspieszonym rytmem serca. Oparł czoło o głowę Braginskiego i przygryzł wargę. Ivan pocałował go, kładąc mu ręce na biodrach i zmuszając go do położenia się; sam uklęknął między nogami albinosa, pogłębiając pocałunek. Chcąc nie chcąc Gilbert zarzucił mu ręce na szyję i szerzej rozłożył nogi, a Rosjanin złapał kraniec sukienki i z trudem podciągnąwszy ją do góry, zerwał z albinosa rajstopy. Prusak skrzywił się, słysząc jego posapywanie.
- Buty.
Ivan spojrzał na niego krótko i podciągnął sukienkę do końca, zaraz po tym szybko ściągając mu bokserki, a sobie bluzkę.
- Tjepier ty.
Gilbert przełknął ślinę i drżącymi dłońmi sięgnął do rozporka. Rozpiął go, oddychając w miarę spokojnie. Grunt to nie myśleć, nie myśleć, nie myśleć…
Braginski mruknął cicho kiedy palce Prusaka musnęły jego przyrodzenie.
- Jesteś chory.
Ivan wpił mu się szybko w usta, złapał za męskość Gilberta i zaczął ciągnąć za niego urywanymi ruchami. Na policzkach Beilschmidta pojawiły się rumieńce, czoło zrosił pot. Albinos zacisnął mocno pięści na prześcieradle i głośno jęknął w usta Ivana. Oddychał ciężko, odchylił głowę do tyłu. Przy jego szyi natychmiastowo znalazł się Rosjanin, który zaczął podskubywać jego skórę i zostawiając na niej czerwone ślady. Nie przerywał pociągnięć.
- Zazwyczaj nie bawiłeś się w coś takiego – wysapał Beilschmidt ściskając głowę Ivana, który uśmiechnął się i pociągnął mocnym, zdecydowanym ruchem. Gilbert wydał zduszony okrzyk i zamknął oczy. Gdy znów spojrzał na Braginskiego, ten zlizywał właśnie z kącika ust białą ciecz. Prusak skrzywił się.
- Jesteś obrzyd… Gott! – krzyknął, gdy Ivan wszedł w niego niespodziewanie. Starał się nie koncentrować na bólu, który jakby przeszywał go od środka.
- Nie krzycz.
- Pierdol się – syknął przez zęby po kilku minutach, gdy Ivan zaczął powoli z niego wychodzić. – I zdejmij mi tę szmatę.

Gilbert leżał w łóżku, czując na swoim udzie rękę Braginskiego i słysząc jego głośny oddech. Prusak skorzystał z tego, że Ivan spał i pozwolił sobie na bezgłośny płacz.
Po raz kolejny obiecał sobie, że ostatni dał się temu zboczeńcowi tak wykorzystać.
I po raz kolejny zdał sobie sprawę, że obietnicy nie dotrzyma.
_________________________________________________

to tyle. mam nadzieję, że bez rażących błędów
06.01.2012 o godz. 21:03
Wszystkim tym, którzy regularnie wchodzą na mojego bloga, jak i tym, którzy zabłądzili, życzę SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2012!
I żeby był jeszcze lepszy od tego, który mija.



http://www.youtube.com/watch?v=3LR1mweAxsI
Tagi: 2011/2012 hny
31.12.2011 o godz. 20:12
http://www.youtube.com/watch?v=Prq07m7faHQ
and yaoi of kors :)


no i może jeszcze tego, żeby nie przytyć. znieść bełkot zachwycającego się Twoją osobą wujka. cierpliwości do siedzenia kilku godzin z rodziną.
i żeby się nażreć. i takich fajnych świąt jak na załączonym obrazku. i żeby nie przytyć.

(wracam po Nowym Roku. bez odbioru)



906789.jpg
23.12.2011 o godz. 16:29
Jedne spóźnione ^^"

Finlandia - 6.12 (Tino Väinämöinen)
Rumunia - 8.12
Tajlandia - 10.12
Rosja - 30.12 (Ivan Braginski)

Hyvaa syntymapaivaa!
La mulţi ani!
ทั้งหมดที่ดีที่สุด!
С днем Рождения!

przy okazji przypominam, że można składać zamówienia na fiki
07.12.2011 o godz. 09:09
Bez zbędnych wstępów - oto fik


SOIS MI PRISIONERO
pairing: Spanglish; HiszpaniaxAnglia (Antonio, Arthur)

- Kapitanie?
- Hm? - mruknął Arthur, nie podnosząc wzroku znad mapy. - Czego chcesz, Bloomer?
- Chłopcy, jakby to nazwać... Przyprowadzili jeńców. Pytają, co z nimi zrobić.
Blondyn zmarszczył brwi. Dalej odmierzał coś na mapie, nie zaszczycając bosmana spojrzeniem.
- Jakich jeńców, do cholery? - spytał i pociągnął solidny łyk whiskey. Bosman spojrzał na niego spode łba.
- Nie słyszał pan wystrzałów, kapitanie? Znowu się pan schlał?
Arthur zamknął oczy i z głośnym świstem wciągnął powietrze.
- Mój drogi panie Bloomer - powiedział, zdejmując kapelusz. Splótł ze sobą palce dłoni. - Jeśli nadal będzie mnie pan pouczał, każę panu odstrzelić sobie ten parszywy łeb. Zrozumieliśmy się?
- Tak, kapitanie - mruknął mężczyzna, patrząc na swoje bose stopy.
- Świetnie. To co z tymi jeńcami?
- Inni piraci. Na pokładzie było dużo jedzenia, materiałów, biżuterii. Płynęli pod hiszpańską banderą.
Arthur uśmiechnął się i upił trochę whiskey. Wyjrzał przez maleńkie okienko i wbił sztylet ze zdobioną rękojeścią w stół. W powietrzu zawirowały drobinki kurzu. Odwrócił się w stronę bosmana, obracając w dłoni złotą monetę.
- Hiszpańską mówisz...
- Tak, kapitanie - odparł Bloomer. - Zechciałby pan może...?
- Zaraz wyjdę. A teraz odejdź.
Bosman skinął głową i zamknął za sobą drzwi. Arthur patrzył jeszcze chwilę na ścianę, a potem dźwignął się ze zdobionego krzesła, założył długi czerwony płaszcz, zapiął pas z doczepionymi do niego kilkoma pistoletami i szablą, wsunął na głowę kapelusz i wyszedł z kajuty.
Południowe słońce przeraźliwie raziło go w oczy. Zmrużył powieki, zaklął pod nosem i mocniej wsunął kapelusz na czoło. Następnie ruszył w stronę jeńców i zebranej wokół nich załogi, stukając obcasami. Stanął niedaleko krzyczących i poszturchujących Hiszpanów mężczyzn. Chrząknął.
Momentalnie zapadła cisza, a mężczyźni zaczęli wpatrywać się w kapitana. Arthur spojrzał na nich wszystkich po kolei, na sekundę zatrzymując wzrok na każdym z mężczyzn.
- Rozumiem, panowie, wasze podniecenie, ale nie ma powodu dla którego mielibyście wszyscy tu być. Zostaje Bloomer, West i Smithy - reszta niech wraca do swoich zajęć. A, i oczekuję was wszystkich na głównym pokładzie po kolacji. Zdecydujemy, co z nimi zrobić.
- Aj, aj, kapitanie!
- W takim razie żegnam i do roboty - powiedział Arthur i znacząco spojrzał na zwlekających z odejściem mężczyzn, którzy napotkawszy jego wzrok odeszli do swoich prac przeklinając pod nosem. Blondyn popatrzył na pozostałą trójkę i oparł się o maszt.
- Do dzieła, panowie. Wiecie, co macie robić - Arthur odkorkował butelkę whiskey i wystawił twarz do prażącego niemiłosiernie słońca. "Chyba już lato" pomyślał, przełykając alkohol. "Cholera, zupełnie straciłem poczucie czasu"
- Kapitanie?
Anglik z żalem wetknął butelkę za pas i podszedł do ustawionych w rzędzie Hiszpanów, którzy ze skrępowanymi rękami klęczeli na wilgotnych deskach. Wszyscy wyglądali niemal identycznie - śniade twarze, ciemne włosy i duże, błyszczące oczy. Wszyscy też byli w podobnym wieku - na oko mieli około trzydzieści lat. Arthur ruszył wzdłuż rzędu złożonego z mniej więcej dwudziestu mężczyzn, każdemu uważnie się przyglądając. Na biednego żaden z nich nie wyglądał - wielu z nich miało złote ozdoby i koszule z kosztownych materiałów. Blondyn zatrzymał się.
- Gdzie wasz kapitan? - Cisza. Zmarszczył brwi. - Gdzie. Wasz. Kapitan?! - Znowu nic. - Do stu diabłów! Bloomer! Kto u nas mówi po hiszpańsku?
Bosman wskazał na Westa. Mężczyzna szybko wypytał Hiszpanów. Po skończonym przesłuchaniu powiedział:
- Ich kapitan zginął na początku walki, statek zatonął, płynęli do Hiszpanii żeby oddać łupy królowi. Kilkoro z nich rozumie angielski, ale mówi nim tylko Antonio.
- Który to?
- Ten na końcu.
Arthur wolno podszedł do długowłosego chłopaka, który uparcie wpatrywał się w pokład. Był nieco młodszy od pozostałych, mógł mieć co najwyżej 20 lat. Anglik uklęknął naprzeciwko niego i wydobył zza pasa pistolet, a następnie przyłożył rozgrzaną słońcem lufę do podbródka chłopaka i uniósł na niej jego głowę, zmuszając go, by spojrzał mu w oczy.
- Jak się nazywasz? - spytał Arthur przyglądając się złotym kolczykom w uszach Hiszpana i jego torsowi, która odkrywała rozpięta biała koszula.
- Fernandez Carriedo.
Anglik kiwnął głową i wstał.
- Smithy, West, zaprowadźcie ich na dolny pokład, a jak już tam będą, nie rozwiązujcie więzów. Po kolacji zanieście im coś do jedzenia. Bloomer - kiwnął palcem w stronę bosmana. - Fernandeza chcę widzieć u siebie za pięć minut - szepnął mu na ucho i zniknął w kajucie.

- Częstuj się czym chcesz - odezwał się Anglik do Antonia, gdy za bosmanem zamknęły się drzwi. Rozciął więzy i wskazał na krzesło. Chłopak spojrzał na mebel nieufnie, ale usiadł na nim rozcierając nadgarstki. - Jak widzisz, kajuta jest dosyć duża, mam tu całkiem sporo alkoholu i książek. Nudzić się nie powinieneś.
- Pan chce mnie tu zatrzymać?
- Owszem - powiedział blondyn i zdjął płaszcz, pozostając w samej koszuli. - Jakiś problem?
- Dlaczego nie wyśle mnie pan pod pokład, kapitanie?
Arthur usiadł naprzeciwko niego i przysnął do siebie krzesło z chłopakiem.
- Znasz angielski, nie ukrywam więc, że jesteś dla mnie w pewien sposób cenny. To po pierwsze - powiedział i pochylił się trochę nad Hiszpanem. - A po drugie - kontynuował teatralnym szeptem, bawiąc się pasemkiem włosów Fernandeza - już od kilku miesięcy nie byłem w żadnym porcie, kobietę ostatni raz widziałem pół roku temu, więc...
- Rozumiem... Mam być pana dziwką, tak?
Arthur wstał z krzesła i oparł się o stół, zaplatając ręce na piersi, na wskutek czego materiał zmarszczył się i odsłonił umięśniony tors Spojrzał na niego, uśmiechając się.
- Powiedz, jeśli nie chcesz. Nie będzie z tym żadnego problemu, a oprócz tego, tak jak chciałeś, natychmiastowo dołączysz do przyjaciół pod pokładem, wśród szczurów, z zawiązanymi rękami, siedząc po kolana w brudnej wodzie i odpadkach.
Antonio spojrzał na Kirklanda - na jego ramiona, klatkę piersiową, rozczochrane włosy, niezdrowo błyszczące oczy, wolno spływającą po czole kropelkę potu - i poczuł, że nie potrafiłby odmówić mu z czystym sumieniem. Przełknął ślinę. Arthur uśmiechnął się, wziął ze stołu butelkę whiskey i usiadł na łóżku.
Hiszpan tymczasem próbował zrozumieć co mu się nagle stało. Dlaczego czuł, jakby w gardle wyrosła mu olbrzymia gula i miał problemy ze złapaniem oddechu za każdym razem, gdy spojrzał na blondyna. Nie można się przecież tak szybko zakochać...!
Nie wiedząc co robi wstał i stanął na brzegu łóżka. Zdjął koszulę, na kolanach podszedł do Arthura i przylgnął do jego pleców. Kirkland odstawił butelkę na stolik.
- Więc jednak?
Antonio pominął jego pytanie milczeniem i obejmując Anglia od tyłu rozpiął jego koszulę i zsunął ją z ramion blondyna. i tutaj w panice stwierdził że nie wie, co zrobić dalej. Siedział więc tylko za nim, przytulając go mocno do siebie. Oparł czoło o ramię blondyna i wdychając jego zapach wolno wędrował dłońmi po jego torsie i brzuchu. Zatrzymał je na piersiach blondyna i otoczył jego sutki palcami, zahaczając o nie od czasu do czasu.
Arthur przekręcił głowę w stronę chłopaka, położył rękę na jego policzku i przyciągnął do siebie, całując krótko, a następnie usiadł bokiem do Hiszpana.
- Nic dalej nie zrobisz? - szepnął Arthur ze złośliwym uśmiechem. - Hm? To wszystko?
Hiszpan poczuł dziwne ukłucie w sercu. Nie powinien się przecież przejmować zdaniem tego Angola, nie powinien, do cholery!
A jednak się przejmował. Bardzo.
Zacisnął zęby, ujął twarz Arthura w donie i z jakąś przedziwną i nieznaną sobie pasją wpił się w usta zaskoczonego Anglika. Chwilę potem zerwał z niego koszulę i mocno na niego napierając, położył go na pościeli nie przerywając pocałunków. Kirkland przełożył nad nim nogę i położył go na plecy, a następnie usiadł okrakiem na biodrach Hiszpana i przygwoździł jego nadgarstki do łóżka. Pochylił się nad nim.
- Pamiętaj, że wciąż jesteś tylko hiszpańskim jeńcem. Jeńcem na MOIM statku. Zapamiętaj sobie, ze nawet w tej sferze jakakolwiek próba zdominowania kapitana jest niemile widziana - wyszeptał mu prosto do ucha.
Na wskutek ciepłego oddechu Antonio poczuł dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Z wielką gulą w gardle kiwnął głową.
Arthur uśmiechnął się i ugryzł Hiszpana w szyję, a potem złożył w tym miejscy wilgotny pocałunek. Antonio westchnął głęboko i uwolniwszy dłonie z uścisku Anglika zarzucił je na jego szyję i uniósł lekko głowę, zachłannie całując blondyna. Arthur siłą rozchylił jego wargi wsunął mu język do ust i kładąc ręce na torsie Hiszpana przycisnął go do pościeli. Przesunął językiem po jego podniebieniu, objął ustami górną wargę, równocześnie masując wewnętrzna stronę uda Fernandeza. Następnie Arthur zszedł ustami do szyi i torsu Antonia, skubiąc skórę zębami i zdecydowanym gestem pociągnął za jego spodnie ściągając je i niemal natychmiastowo otoczył dłonią męskość Hiszpana. Antonio, nie wiedząc co robi, położył ręce na biodrach Arthura i wolno, oraz dużo subtelniej niż blondyn, zsunął mu spodnie i przesunął dłońmi po udach. Poczuł jak blondyn napiera na niego, jak pogłębia pocałunki, jak...
- Kapitanie!
Antonio z przestrachem spojrzał w stronę wejścia do kajuty, a Arthur zaklął siarczyście. Nie przejął się Hiszpanem, który próbował zakryć się poduszkami.
- Czego, Bloomer? - warknął, nie zmieniając pozycji. - Nie widzisz, że jestem zajęty? Przestań mi zawracać dupę, do stu czortów, i wyjdź stąd, albo w trybie natychmiastowym każę ci opuścić pokład!
- Ale kapitanie! - krzyknął mężczyzna z rozpaczą. - Goni nas brytyjska marynarka!
Anglik szeroko otworzył oczy i podniósł się z łóżka, błyskawicznie wciągając na siebie ubrania.
- Każ wszystkim rzucić to co robią. Niech stawiają żagle, wiosłują, przygotują armaty... - mamrotał ,szukając koszuli. - Niech uwolnią Hiszpanów i też zagonią ich do roboty, Niech robią cokolwiek, żeby zgubić marynarkę. Zrozumiałeś? - zapiął ostatni guzik i spojrzał na mężczyznę. - No? Ruszaj!
- Tak jest! - Bloomer zasalutował i hukiem zamknął drzwi. Kirkland włożył płaszcz i kapelusz, wsunął pistolet za pas i spojrzał na półnagiego Antonia.
- A ty tu czekaj - wyszeptał mu do ucha, szczypiąc go lekko zębami i wybiegł z kajuty, rzucając mu przez ramię krótkie spojrzenie.
dla Spejn____________________________________

(mam nadzieję, że ci spodobało ^^)
26.11.2011 o godz. 13:31
...i zaktualizowałam z IMN OCa prawie że zapomnianego. A ponieważ mi się nudzi, wklejam to tu. Może kiedyś się coś z tego urodzi, a na razie z mniejszymi lub większymi przerwami będę zamieszczała tylko karty postaci (całkowita kopia jednego z projektów na dA ^^")

SZYMON/SIMON
wiek: 18
data urodzin: 15 grudnia
wzrost/budowa: 180 cm; budowa raczej przeciętna, jest ładnie umięśniony, ma chude łydki xD
pochodzenie: polskie, ku#wa!
rodzina: tajne łamane przez poufne, nic o niej nie wiadomo
związek: singiel (forever alone, jak określiła IMN)
praca: muzyk-amator, przerywa spokój Bogu ducha winnym mieszkańcom warszawskiej Starówki grając na gitarze w miesiącach ciepłych (tak, można to podciągnąć pod pracę!)
zainteresowania: punk, piłka nożna
przeszłość: rzucił szkołę, są przypuszczenia, że zajmował się jakimiś nieczystymi interesami; nic więcej nie wiadomo
charakter: luzak, buntowniczy, niewrażliwy, nieufny wobec ludzi, boi się zakochać żeby nie cierpieć (znowu?). ma wewnętrzną barierę przed okazywaniem o sobie czegokolwiek, której nie potrafi pokonać

+ zagorzały fan Barcelony
+ uwielbia punk polski, angielski i californian punk
+ jest hetero
+ kocha tanie piwo
+ w zimę lubi chodzić w swetrach


C.D.N?
18.11.2011 o godz. 20:02
Bo Felek miał wczoraj urodziny (a nie, kurna, w lipcu!), a ja oczywiście nie mogłam wrzucić posta ;c
Tradycyjnie zbiorowo

Polska - 11.11 (Feliks Łukasiewicz)
Wy - 15.11
Łotwa - 18.11 (Raivis Galante)

Wszystkiego najlepszego!
Happy Birthday!
Visu labāko!




12.11.2011 o godz. 10:40
Akatsuki, wybacz, że dopiero teraz wrzucam fika, ale jakoś tak... wcześniej mi się zapomniało... ^^"


VERGESSEN
Pairing: Gilbert(APH) x Oz (Pandora Hearts)
+ Francis Bonnefoy, Antonio Fernandez Carriedo (APH; Francja, Hiszpania)

- Powiecie mi wreszcie, o co chodzi? - spytał poirytowany Gilbert i spojrzał na przyjaciół, którzy pokładali się na kanapie nie mogąc opanować śmiechu.
- B-bo... Bo Fran... - zaczął Antonio, ale nie dokończył. Po pokoju rozniósł się nowy atak śmiechu. Hiszpan schował twarz w ramieniu siedzącego obok blondyna.
- Macie szczęście, że szczęście, że młody wziął wszystkie trzy psy na spacer - burknął Gilbert.
- Już... już w porządku... Tous bien - powiedział Francis, wygodniej siadając na kanapie. Otarł oczy dłonią i trącił Antonia ręką. - Tosiek, cher, uspokój się.
Hiszpan z dużym trudem usiadł i starał się zachować jako taką powagę.
- Otóż, mój kochany Gilberciku, zauważyliśmy, że od dłuższego czasu coraz częściej siedzisz w knajpach i nie spławiasz nas pod byle pretekstem, żeby wymknąć się na randez-vous z jakąś uroczą dziewczyną albo słodziakiem...
Gilbert prychnął i spojrzał w okno, przykładając puszkę z piwem do ust.
- Dlatego założyliśmy ci profil na portalu randkowym - powiedział Antonio jednym tchem i zaraz potem wybuchnął śmiechem. Zszokowany Prusy wypluł piwo.
- Co zrobiliście?!
- Wypierz szybko ten dywan, będziesz miał plamę. Nie zrobiliśmy, tylko Tosiek zrobił, bo ja się na tym nie znam.
- To akurat dużej różnicy nie robi - powiedział Gilbert grobowym tonem. - Mogę wiedzieć chociaż z kim?
Antonio sięgnął do plecaka i po kilku chwilach wręczył Prusakowi czarno-białe zdjęcie.
- Kolorowy tusz mi się skończył - wyjaśnił. - I kartka się trochę pogniotła.
- Ale uwierz, chłopak jak marzenie. Blondyn, zielone oczy... - Francis uśmiechnął się i zmrużył powieki.
- Kretyni. mogliście chociaż znaleźć jakąś laskę, a nie...
- Czyżby chłopcy ci przeszkadzali? - Francuz wychylił się i położył rękę na kolanie Gilberta, który szybko ją strącił. Antonio zachichotał.
- Idź pieprzyć swojego angola, żabojadzie - burknął Gilbert, marszcząc brwi. Chwilę potem wbrew woli uśmiechnął się. - Kurwa, dlaczego ja nie potrafię się na ciebie gniewać?
- Ja wiem dlaczego - wyszczerzył się Antonio. Momentalnie dostał pustą puszką.
- Milcz, zboczeńcu. A tak wracając do tematu, to kiedy mam się z nim spotkać? I gdzie?
Francis i Antonio popatrzyli na siebie.
- Z tego co pamiętam, dzisiaj...
- ...w tej kawiarni w centrum - dokończył Francuz.
- Zabiję. O której?
- Siedemnastej.
Wszyscy trzej spojrzeli na zegarek. Wyświetlacz wskazywał 16.40. Gilbert, cudem opanowując złość, przeniósł wzrok na przyjaciół.
- Przysięgam, kiedyś was zabiję. Najnormalniej w świecie wezmę i zabiję, a przedtem poznęcam się seksualnie i psychicznie.
- Nie gadaj, tylko bierz kurtkę i leć, ukochany czeka.
Gilbert przejechał palcem po gardle i założył kurtkę podaną mu przez chichoczącego Antonia. Wypchnął ich na zewnątrz i z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi.

***
- Tutaj? - spytał Prusak, zatrzymując się przed drzwiami kawiarni.
- Tutaj. Już jest - powiedział Antonio, zaglądając do środka przez szybę. - Stolik na lewo od wejścia, na samym końcu.
- Przeczesz obie włosy i się uśmiechnij, bo chłopaka przestraszysz - poradził Francis, uśmiechając się
Gilbert burknął coś pod nosem, chwycił klamkę i otworzył drzwi. Kiedy ktoś nadepnął mu na piętę, odwrócił się. - Chwila, moment. A wy gdzie? - spytał, patrząc na uśmiechniętego Hiszpana. Francis popchnął ich i zamknął drzwi.
- Nie przepuścimy czegoś takiego - powiedział Francis i razem z Antoniem usiadł przy najbliższym wolnym stoliku.
- Niech was szlag - mruknął Prusy i poszedł do stolika, o którym wcześniej mówił Antonio.
Siedział przy nim krótko obcięty blondyn w białej koszuli. Rozglądał się po lokalu co chwila patrząc na zdjęcie trzymane w ręce i na zegar nad kasami. Para unosząca się nad filiżanką świadczyła, że chłopak nie czeka długo.
Gilbert westchnął, poprawił kołnierz kurtki i stolika. Usiadł.
- Emm... Cześć.
Chłopak odwrócił głowę. Porównał Prusy ze zdjęciem i uśmiechnął się.
- Cześć. Jestem Oz - powiedział i wyciągnął rękę. Albinos uścisnął ją niepewnie.
- Gilbert.
- Gilbert? - powtórzył chłopak, mrugając oczami. - O, wybacz - zreflektował się szybko. - Po prostu twoje imię jest dosyć...
- Głupie? Dziwaczne? - zaproponował Prusak, przeglądając menu. Zerknął na Francisa i Antonia - rozmawiali ze sobą, nie zwracając najmniejszej uwagi na miłosne zmagania przyjaciela.
- Nie, powiedziałbym raczej: oryginalne i starodawne. W każdym razie nie jest popularne.
- Mała czarna ze śmietaną - powiedział Gilbert do kelnerki. - Cóż, można i tak. Ale twoje imię też raczej nie szczytuje w rankingach, nie?
- Nie wiem co starym do łba strzeliło. Całe życie prześladował mnie "Czarnoksiężnik z Krainy Oz".
- Nie dziwię się. Dzięki - Gilbert przyjął kawę od kelnerki. - Kiedy ja byłem dzieckiem, to nie... - zaczął, ale ugryzł się w język. Zaciekawiony Oz uniósł filiżankę do ust.
- Co "nie"?
- Nie czytałem książek.
- Rodzice też ci nie czytali?
- Nie. Wychował mnie tylko ojciec.
- A. Przepraszam, nie wiedziałem.
- Nie ma za co - powiedział Gilbert i ze zdziwienie odnotował, że uśmiecha się do tego całego Oza, a blondyn uśmiecha się do niego. I głęboko patrzy mu w oczy. "Może to wcale nie będzie takie straszne?" pomyślał i ukradkowo spojrzał na kształtne usta chłopaka, powoli oblizujące łyżeczkę.

***
- Mieszkasz sam? - spytał Prusy zdejmując kurtkę i buty. Oz zamknął za sobą drzwi do mieszkania i poprowadził Gilberta do swojego pokoju.
- Chwilowo tak - odpowiedział i usiadł na łóżku obok albinosa.
Zapadła cisza. Blondyn podrapał się w kark i odchrząknął.
- Ekhm, może coś do picia? - spytał Oz, wstając. - Jest kawa, herbata, cola, jakiś sok...
Prusak złapał go za rękę i ściągnął z powrotem na łóżko. Szybko przewrócił blondyna na plecy, klęknął nad nim okrakiem i pocałował, zanim tamten zdążył w ogóle jakoś zareagować. W końcu Ozowi udało się odwrócić głowę.
- Co... co cię napadło? Czemu ty od razu... - Gilbert chwycił jego podbródek, odwrócił w swoją stronę i pocałował, nie dając mu skończyć. Całował długo, mocno napierając na blondyna, by tamten nie mógł go odepchnąć. Gdy zrezygnowany Oz zacisnął dłonie na jego T-shircie, Prusak powoli wsunął język do ust blondyna, które tamten rozchylił trochę niepewnie, jakby wbrew sobie, ale w końcu zaczął oddawać pocałunki i stopniowo rozluźniał uścisk. Teraz jego dłonie p[o prostu dotykały klatki piersiowej Gilberta, który wyplątał palce z włosów Oza i dosunął się od niego. Blondyn odwrócił twarz, błyszczące oczy wlepił w jakiś punkt na ścianie.Milczał. Gilbert zmrużył oczy, uśmiechnął się i pochylił nad chłopakiem.
- Oz... - szepnął mu do ucha, drażniąc palcami krótkie włoski na karku i pocałował w miejsce za uchem. Blondyn mimowolnie jęknął i odchylił głowę do tyłu. Gilbert przejechał ustami od podbródka do mostka. Oz ponownie zacisnął dłonie na jego koszulce.
- Przestań - poprosił stanowczo, choć trochę łamał mu się głos. Gilbert uszczypnął go w ucho zębami.
- Powiedz mi to prosto w oczy. powiedz: "Gilbert, już nie chcę. Nie dotykaj mnie więcej, zostaw, idź do domu, nie przychodź". - Prusak ujął podbródek chłopaka i spojrzał mu w oczy. Błyszczące, zielone oczy. Zdaniem Gilberta najpiękniejsze. - No? Powiedz.
- Gilbert... -zaczął Oz po chwili ciszy. - Ja... ja... - nie dokończył, tylko niespodziewanym, szybkim ruchem objął Prusaka ramionami za szyję i wilgotnymi wargami pocałował go w usta. Gilbert uśmiechnął isę i oddał pocałunek, równocześnie delikatnie wsuwając rękę pod cienki materiał koszuli. Wolno głaskał skórę na brzuchu Oza. Na nowo przylgnął do niego i złączył swoje biodra z jego biodrami. Delikatnie odchylił poły nie wiadomo kiedy rozpiętej koszuli. Pocałował tors chłopaka, ledwo wyczuwalnie polizał sutki. Oz stęknął ciężko, na twarzy pojawiły się wypieki. Gilbert zszedł ustami do brzucha, dłoń przeniósł na podbrzusze i lekko przycisnął. Poczuł na udzie twardego penisa Oza.
A potem przestał rejestrować cokolwiek poza dotykiem blondyna.

Prusak, jeszcze półśpiąc, poczuł, że zdrętwiało mu ramię. Potem poczuł, że nie może ruszyć nogą i jedną - nie, dwiema - rękoma. A potem przeraźliwie zaczął go swędzieć nos. Nie mogąc się podrapać, odwrócił głowę - swędzenie powoli ustępowało.
Zmusił się do otworzenia oczu. Nie było bardzo jasno, w pokoju panował półmrok; z trudem wyswobodził zdrętwiałą rękę spod głowy Oza i wyświetlacz komórki. Kilka minut po czwartej rano. Jęknął, przejechał dłonią po twarzy. Nie było nawet tak źle, chłopak ma podobno 25 lat. Teoretycznie starszy od niego. Ironicznie zaśmiał się pod nosem.
W tym momencie Oz mruknął coś przez sen, przekręcił się i wczepił ramionami w Prusy. Chcąc nie chcąc Gilbert objął go i spojrzał na pogrążonego we śnie blondyna. Był trochę podobny do Ludwiga, gdy był młodszy. Mają chyba nawet identyczny odcień włosów. Trochę tym rozczulony Prusak przytulił go do siebie mocniej, pocałował w czoło i delikatnie dmuchnął w ucho tak, jak to kiedyś robił Niemcom. Z tym że Niemcy, w odróżnieniu od Oza, się nie budził.
- Co jest? - ziewnął i strzyknął ramieniem. - Która godzina?
- Po czwartej. Będę się zbierał.
- Zwariowałeś... - Oz zamknął powieki i schował nos w ramieniu Prusaka. Po chwili rozległo się ciche chrapanie. Rozbawiony i zdziwiony równocześnie Gilbert delikatnie wyślizgnął się z objęć chłopaka i wyszedł spod kołdry. Ubrał się, pocałował Oza w ramię i szepnął mu coś na ucho. Szybko nabazgrał krótki tekst na kartce, położył ją na stoliku obok łóżka i cicho wyszedł z mieszkania.

dla Akatsuki_____________________________
06.11.2011 o godz. 15:23
...Ihr Mund fällt mir zu Tale




01.11.2011 o godz. 19:12
Weszłam do domu z wielkim bananem na twarzy i nowym "Otaku" w łapie, w którym to wyczytałam, że w listopadzie będzie premiera czwartej części Hetalii! Madre, jak ja się cieszę! ^^

nie chciałby mi ktoś zrobić prezentu na urodziny...?

hetalia4special.jpg
21.10.2011 o godz. 15:28
...i tak sobie pomyślałam, że może umieszczę fika wysłanego do Hetalia.org


NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO
Pairing: Spamano -> HiszpaniaxWłochy Pd. (Antonio Fernandez Carriedo x Romano/Lovino Vargas)

Romano, do tej chwili udający niedostępnego, nie potrafił dłużej opierać się dotykowi Antonia. Łaskawie pozwolił mu położyć ręce na swoich biodrach i udach. Czuł pod głową jego brzuch - delikatnie unosił się i opadał w rytm oddechu. Hiszpan cichutko nucił pod nosem jakąś spokojną, starą melodię, delikatnie głaszcząc kciukami dłonie i biodra Lovino. Włochowi było bardzo dobrze - chociaż nikomu by się do tego nie przyznał, uwielbiał te chwile gdy Antonio był blisko niego i go przytulał. Czuł się wtedy jak kilkanaście lat temu, gdy był jeszcze małym dzieckiem, a Hiszpan co wieczór czytał mu coś na dobranoc, potem całował w czoło i otulał kołdrą. Pamiętał to cudowne uczucie bezpieczeństwa i niezmienności, pewności.

Romano przestał marszczyć brwi i ledwo dostrzegalnie uśmiechnął się, zamykając oczy. O, znowu jest w swojej sypialni! Doskonale widzi nad sobą biały, wysoki sufit, krzesło, przez które przewieszone jest jego ubranko, czuje ciepłe promienie słońca, które wpadają przez duże okno. Czuje też dłonie Hiszpanii w swoich włosach - jego place okrążają wolnymi ruchami uszy Włocha i delikatnie drapią w głowę. Lovino odprężył się i mruknął zadowolony.

Nagle zaczął szybciej oddychać i poczuł zalewającą go falę gorąca. Zacisnął powieki i odchylił głowę do tyłu, wczepiając palce w nogi Hiszpana. Głośno łapał powietrze, które starczało mu na bardzo krótki czas. Kiedy poczuł napierającego na materiał spodni członka, Włoch oprzytomniał i zerwał się z łóżka. Popatrzył na Antonia spod przymrużonych powiek, zmarszczył brwi.
- Coś się stało?
Ten jełop pyta, czy cos się stało! Romano zacisnął pięści.
- Stało! Miałeś nie dotykać mojego loczka, zboczeńcu!
- Lovino, daj spokój... - Antonio wyciągnął za siebie ręce i oparł na nich ciężar ciała. Założył nogę na nogę i zaczął machać stopą. - Nie mogę już wytrzymać, jesteś niesamowicie słodki, zresztą zawsze byłeś, a teraz nareszcie dorosłeś, więc możem...
- Won z mojego pokoju! - krzyknął Romano i wyciągniętym palcem wskazał na drzwi. Hiszpan spojrzał najpierw na nie, potem na Włochy i uśmiechnął się.
- Naprawdę chcesz, żebym wyszedł?
- Tak!
- Dlaczego?
- Przegiąłeś!
- A wiesz czemu?
Romano zrobił zaskoczoną minę zamrugał kilka razy oczami. Widząc to Antonio podniósł się z łóżka i musnął ustami okolice kości policzkowej Włocha, łapiąc go za ręce. Zbity z tropu Vargas nawet nie zareagował.
- Wisz? - spytał Hiszpania szeptem. Lovino poczuł przebiegający po karku dreszcz. Już miał cos odfuknąć, ale głos nie chciał wydobyć się z jego gardła. Wydawało mu się, że struny głosowe ma zawinięte na supeł.
- Ponieważ cię koch...
- N-nie mów tak! - krzyknął Romano i odepchnął od siebie Hiszpana.
- Ależ mi am...
- Nie mów! - wrzasnął ponownie i odwrócił Hiszpanię.
- Lovino...
- Miałeś wyjść! - Włoch zaczął popychać przed sobą Antonia, nie zważając na jego prośby, błagania i wytłumaczenia. Wypchnął go na korytarz i zatrzasnął za nim drzwi. Oparł się o nie ciężko dysząc.
- Romano! - krzyknął Fernandez i szarpnął za klamkę. - Otwórz! Słyszysz? Romano!
Lovino osunął się na podłogę i podpełzł do łóżka. Podciągnął kolana do góry, oplótł je ramionami i schował między nie głowę. Z korytarza ciągle dobiegały krzyki i błagania Antonia, który równocześnie bił w drzwi pięściami. Dopiero kilkanaście minut później zabrał go stamtąd Germania, który patrolował pokoje po ciszy nocnej. Przy okazji odstawił siedzącego do tej pory u Ludwiga Feliciano. Romano, powstrzymując płacz, patrzył kątem oka na wice dyrektora, który, jak co wieczór, dawał reprymendę jego bratu i zakazywał przebywania w nieswoim pokoju po ciszy nocnej. Wszyscy doskonale wiedzieli, że to nic nie da, a jutro zabawa i tak zacznie się od nowa.

Feliciano zamknął za Germanią drzwi, szybko podbiegł do zwiniętego w kłębek Lovino i zaczął wesoło coś opowiadać, energicznie przy tym gestykulując. Najprawdopodobniej absurdalnie wiele razy użył takich słów jak "Niemcy", "Ludi", "fajnie", a zamiast przecinków wzdychał głęboko i rozmarzonym wzrokiem wpatrywał się w sufit, zaplatając przy tym palce. Ale tego Romano nie słyszał. Mocniej wcisnął głowę w ramiona.
- Co się stało, fratello? - spytał zatroskanym głosem Feliciano, przerywają paplaninę.
- Nic - odburknął Włochy.
- Na pewno?
- Przecież mówię.
- To czemu braciszek Antonio stał pod drzwiami? I czemu płaczesz?
Romano objął się rękami.
- To moja sprawa. I nie nazywaj tego jełopa braciszkiem.
- Wiesz, że zawsze ci pomogę, prawda? - spytał Veneziano po chwili ciszy. - Że zawsze przy tobie będę?
- Wiem. Idź już - mruknął Lovino i przetarł ręką mokre oczy. Zgasił lampkę przy swoim łóżku. Feliciano uśmiechnął się, pogłaskał brata po głowie i wstał z jego łóżka. - Grazie - rzucił w półmrok Romano, powoli zasypiając.

***
- Romano... Obudź się...
- Nie mam zamiaru. Oddaj mi kołdrę - powiedział nieprzytomnie i z zamkniętymi oczami zaczął macać ręką miejsce wokół siebie.
- Ale braciszku... Niedługo lekcje... Jak nie przyjdziesz, Antonio będzie się martwił.
- Myślisz? - zapytał z nadzieją, wynurzając głowę spod poduszki. Feliciano uśmiechnął się.
- Pewnie, że tak. Zawsze o ciebie pyta.
- Naprawdę?
Veneziano ponownie wygiął usta w uśmiechu.
- Si. Teraz pewnie cię szuka i martwi się o ciebie.
Lovino usiadł na łóżku i spojrzał na drzwi. Przygryzł dolną wargę.
- Myślisz że będzie chciał ze mną rozmawiać?
- Pewnie, że tak. Przecież on cię kocha.
- Przestań. Nie mów tak.
- Ale to prawda, braciszku.
W pokoju zapadła cisza. Feliciano popatrzył na budzik stojący na szafce i położył na łóżku brata złożone ubrania.
- Ja już muszę iść, fratello, miałem powtórzyć przed lekcjami materiał do sprawdzianu z Niemcami. Tu masz czyste rzeczy. Wczoraj byłeś tak zmęczony, że poszedłeś spać w ubraniu.
- Grazie - mruknął Romano. Wziął bluzkę, przetarł twarz ręką i zerknął na brata, zapoznawszy się wcześniej z godziną.
- Leć już, bo jeszcze się spóźnisz do tego kartofla.
Przyzwyczajony do zdania brata Veneziano cmoknął go w policzek i wybiegł z pokoju, po drodze łapiąc torbę z książkami. Romano westchnął ciężko, z nostalgią wspominając dotyk Hiszpana. Jak w transie zszedł z łóżka, umył się i ubrał. Ciągle nie mógł przestać myśleć o Antonio. "Kocha mnie?" pomyślał z powątpiewaniem, pakując książki. "Niemożliwe. Zawsze mnie wykorzystywał. Ale też opiekował się mną. Gdyby mnie nie kochał, to chyba nie spędzałby ze mną tyle czasu, nie przytulał, nie całował, nie mówił tych wszystkich rzeczy. On nie potrafi kłamać."

Romano założył, że i tak nie zdąży na pierwszą lekcję, usiadł więc na łóżku z torba między nogami i tępo zaczął wpatrywać się w ścianę.

"...on cię kocha."

Zamknął oczy i schował głowę w dłoniach, opierając ręce na kolanach. Zmarszczył brwi. "Dlaczego?" zapytał w myślach. "Za co?".

Romano westchnął i wyprostował się. Jego wzrok padł na zdjęcie, na którym widać było Antonia i jego, Lovino. Hiszpan z wesołym błyskiem w oczach patrzył w obiektyw, pokazując światy znak pokoju i białe zęby kontrastujące z ciemną skórą. Obejmował Włocha, który z założonymi rękami i naburmuszoną miną patrzył w bok. Odłożył fotografię i spojrzał na budzik w kształcie pomidora, który dostał od Hiszpanii na urodziny - pora zbierać się na drugą lekcję.

***
"No jasne" pomyślał Romano, czując, że w gardle rośnie mu olbrzymia gula. Odwrócił wzrok od chichoczącego Antonia, który był obejmowany w talii przez Francisa. "Wiedziałem, że tak będzie". Z wściekłością energicznie otarł łzy i wszedł do klasy. Poszedł na sam koniec i położył torbę na ławce. Ze smutkiem spojrzał na malutki breloczek - prezent od Hiszpana. "On mnie wcale nie kocha. Myliłeś się, fratello" pomyślał Romano, wyjął książki i usiadł w ławce.

Sala powoli się wypełniała. Do klasy wszedł Ivan ze swoją świtą, za nimi Toris zalecający się do Białorusi, potem roześmiany jak zawsze Feliks za rękę z pękającym z dumy Gilbertem , Kanada z Kubą, Ludwig i Feliciano, Węgry idąca pod rękę z Austrią i Arthur z Alfredem. Nie było tylko Francisa i Antonia. Romano zacisnął powieki, żeby się nie rozpłakać. Policzył wolno do dziesięciu, potem otworzył oczy i starając się jak najspokojniej oddychać, wszedł na ławkę a następnie na parapet. Złapał za rączkę i otworzył górne okno na oścież.

Pisnął głośno, gdy poczuł że ktoś dźgnął go w pośladek, a potem złapał w talii i zdjął z parapetu. Romano odruchowo kopnął w powietrzu i próbował się wyrwać, ale wtedy został postawiony na ziemi i przytulony. To był chłopak. Na pewno. Świadczyły o tym szerokie, spore dłonie o mocnym uścisku. Miał opaloną skórę i pachniał mieszaniną mocnej wody kolońskiej, dymu papierosowego i pomidorów.
Antonio.
- Puść mnie, jełopie - mruknął Lovino. Hiszpan ścisnął go mocniej i położył brodę na jego ramieniu, nosem zahaczając o płatek ucha Włocha.
- Nie.
- Oni patrzą.
- Nikt nie zwraca na nas uwagi.
- Jesteśmy na lekcji.
- Ale nauczyciela jeszcze nie ma.
Romano westchnął i skupił się na oddechu - grunt to się nie zarumienić, nie zarumienić, nie zarumienić...
- Hej, rumienisz się! - zakomunikował szeptem Antonio, nadal przytulając Lovino.
Che palle.
- Fernandez Carriedo i Vargas - w sali rozległ się nagle głos nauczyciela. - Widzę, że macie sobie coś do powiedzenia, ale byłoby miło, gdybyście zrobili to na przerwie albo po lekcjach.
Oboje mruknęli coś pod nosem i usiedli na krzesłach. Przez pierwsze kilka minut pilnie notowali w zeszytach, potem Antonio nabazgrał cos na wyrwanej kartce, kątem oka patrząc na Włocha. Złożył ją na pół i przesunął po ławce w jego stronę. Lovino spojrzał na papierek nieufnie, ale wziął go do ręki i rozłożył.
"Po lekcjach u Ciebie. Te quiero, mi pequeno" przeczytał Vargas. Poniżej znajdował się nieudolny rysunek przedstawiający przesyłającego całusa chłopaka, a cała strona była oczywiścia upstrzona rysunkami pomidorów.

Romano mimo woli uśmiechnął się i odwrócił do Antonia. Spojrzał w jego zielone oczy. rSir1; pomyślał i, czerwieniąc się, musnął pod ławka udo Hiszpana, który szybko złapał go za rękę.

***
- Feliciano nie będzie miał nic przeciwko, mam nadzieję - powiedział Antonio, wchodząc za Lovino do jego pokoju.
- Niby czemu miałby mieć? - wzruszył Włoch ramionami. - Poza tym i tak przyjdzie dopiero po dziesiątej, znowu siedzi u tego kartofla.
W pokoju zapanowała cisza. Romano podszedł do siedzącego na łóżku Hiszpana i położył się na jego kolanach. Antonio położył swoją dłoń na jego dłoniach i zaczął wolno przesuwać po nich kciukiem.
- Powiedz mi... - zaczął Lovino, ale urwał.
- Si? Co chciałeś powiedzieć?
- Powiedz mi... Czy ty mnie... Czy jestem dla ciebie ważny?
- Najważniejszy - powiedział Antonio i uśmiechnął się.
- A Gilbert i Francis?
- To przyjaciele. Czemu pytasz, Lovino? Zazdrosny jesteś?
- N-nie! Nie, jełopie! - krzyknął Włoch i zasłonił twarz poduszką. Po chwili Hiszpan wyrwał mu ją, wyjął nogi spod jego głowy i stanął za nim na czworakach. Romano widział go do góry nogami.
- Romano - powiedział cicho. - Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Pokochałem cię od kiedy zostałem twoim opiekunem. I nadal cię kocham. Te quiero.
Włoch usiadł przodem do Fernandeza i odwrócił wzrok.
- Naprawdę?
- Si - skinął głową Antonio. - I chcę wiedzieć, czy czujesz do mnie to samo, Romano.
Lovino spojrzał w oczy Hiszpana. Nie kłamał.
- Tak - powiedział wolno Vargas, w duszy piejąc z zachwytu. Przysunął się do Antonia, położył dłoń na jego policzku i złożył na jego ustach delikatny pocałunek. Wniebowzięty Hiszpan włożył palec w szlufkę jego spodni i przyciągnął go do siebie, jednocześnie kładąc druga rękę na pośladku Romano.
- Myślę, że tak - wyszeptał Lovino w usta Antonia i wplótł palce w gęste, kręcone włosy Hiszpanii.
________________________________________

I na deser obrazeczek.
...u mnie rano było dzisiaj 0 stopni

dfffe64e60e66590cfbd9576c143d11b.jpg
13.10.2011 o godz. 16:41
Załatwiam wszystkich za jednym razem (nawet tych, którzy świętowali w zamierzchłej przeszłości).

Chiny - 1.10 (Wang Yao)
Niemcy - 3.10 (Ludwig)
Tajwan - 25.10
Austria - 26.10 (Roderich Edelstein)
Turcja - 29.10 (Sadik Adnan)

Alles beste!
Tüm iyi!
06.10.2011 o godz. 19:12
Niedługo z tym skończę, obiecuję. Ale jeszcze nie teraz.

SEALANDIA - najmniejsze państwo świata, leży na starej platformie lotniczej. Ma nawet kogoś w rodzaju władcy i własną walutę (szok!). Więcej tu: http://www.banzaj.pl/Sealandia-najmniejsze-panstwo-swiata-4823.html

W Hetalii Sealand to Peter Kirkland, mały chłopiec (10 lat?) szalejący na punkcie Power Rangersów i internetu. Jeden z wielu, którymi zajmował się Arthur. Aktualnie pod opieką Szwecji i Finlandii (rodzinka ^^)

Co jeszcze mogę powiedzieć? Spóźnione
HAPPY BIRTHDAY, SEALAND! AND GOOD LUCK!

06.10.2011 o godz. 18:50
Fanhet
Fanfiction Hetalia
O mnie: Fanka yaoi i shōnen-ai. Uzależniona od "Hetalii", muzyki, czekolady, dA... Pisuje fanfiction i opowiadania o własnych OCach, które dodatkowo rysuje (OCe, nie opowiadania). Aktualnie zawalona problemami natury edukacyjnej.
statystyki
  • Czas na Bloblo: 2 dni 10 godzin 9 minut
  • Napisanych notek: 86
  • Komentował: 105 razy
  • Zebranych komentarzy: 204
  • Ostatni wpis: 25.04.12, 15:24
  • Wpis średnio co: 7 dni
  • Profil odwiedzono: 59016 razy
  • Ilość avatarów: 8
  • Ilość zdjęć: 179
  • Ilość filmów: 4
  • Ilość logowań: 175
  • Ostatnie logowanie: 25.04.12, 15:20
  • Ostatnio odwiedzili: michau, mysterious, Blondie, ForeverAlone, Nao, wiedziecjuz2018, gar, Happy, luthien-96, Chilotei
sekcja użytkownika
-------------------------------------------------------- Seks jest ulubionym zajęciem Brytyjczyków w łóżkach. Natomiast Niemcy preferują telefonowanie, czytanie i spanie.